Wszyscy znamy ten obrazek: walec stojący pośrodku, jeden człowiek widzi koło, drugi kwadrat. Podpis pod grafiką zazwyczaj głosi: „Każdy ma swoją prawdę”. Myślimy wtedy: „Ach, jakie to głębokie, rozumiem to”. Ale właśnie w tym momencie wpadamy w pułapkę. Bo patrząc na ten obrazek, stawiamy się w roli boga. Myślimy, że my – w przeciwieństwie do tych dwóch ludzików – widzimy walec. Że my jesteśmy obiektywni. Prawda jest brutalna: w tym eksperymencie nie ma nikogo, kto stoi z boku. Wszyscy jesteśmy tymi ludzikami.
Więzienie własnego spojrzenia
Nie ma takiej przestrzeni, w której rzeczywistość obiektywna byłaby czymś innym niż to, co przepuszczamy przez własne filtry. Możemy być empatyczni, możemy starać się zrozumieć „matrycę” drugiego człowieka – Chińczyka, sąsiada, zwolennika innej partii – ale nadal robimy to za pomocą naszego aparatu poznawczego. Nawet nauka, którą tak chętnie nazywamy „obiektywną”, jest tylko jednym z filtrów. Konsensus naukowy to po prostu umowa dużej grupy ludzi, że będziemy patrzeć na świat przez konkretne okulary.
Kiedy kardiolog spiera się z psychologiem o to, co „naprawdę” dzieje się z ciałem, nie kłócą się o fakty. Kłócą się o to, który filtr jest ważniejszy.
Bezpieczeństwo w bańce racji
Dlaczego tak rozpaczliwie potrzebujemy wierzyć w obiektywizm? Bo bez niego czujemy się przerażeni. Nasze ego karmi się „maniem racji” jak tlenem. Jeśli ja mam rację, świat jest przewidywalny. Jeśli ja widzę „obiektywnie”, to ty musisz być w błędzie, a to czyni mnie bezpiecznym.
Polaryzujemy się nie dlatego, że jesteśmy źli, ale dlatego, że chcemy poczuć grunt pod nogami.
Szukamy potwierdzenia naszych filtrów w polityce, religii czy medycynie, żeby uciszyć lęk przed chaosem, w którym nikt nie ma ostatecznej odpowiedzi.
Fraktalna synteza
Prawda nie objawia się w wyeliminowaniu filtrów – to technicznie niemożliwe. Prawda zaczyna się tam, gdzie przestajemy udawać, że ich nie mamy. Kiedy przyznaję: „Widzę kwadrat i to jest moja całkowita prawda na ten moment”, otwieram drzwi. Nie do obiektywizmu, ale do autentycznego spotkania z kimś, kto widzi koło.
Szaman składający nogę w godzinę i ortopeda gipsujący ją na sześć tygodni nie żyją w różnych światach. Żyją w różnych narracjach o tym samym świecie. Żaden z nich nie widzi „walca” w całości. Widzą tylko to, na co pozwala im ich osobista i kulturowa umowa percepcyjna.
Największą odwagą nie jest znalezienie obiektywnej prawdy, ale przyznanie, że wszystko, co widzisz, jest tylko Twoim odbiciem.
Jeśli nie ma obiektywnego punktu odniesienia, to jedyne, co nam zostaje, to odpowiedzialność za to, jakie filtry wybieramy do patrzenia na siebie nawzajem.
Czego tak naprawdę bronisz, gdy mówisz, że masz rację?